Nicea – Malaga. Pod żaglami (i na silniku:-) STS Pogorii...
9-21.05.2026 r.
Autor: Robert Grodecki
Kapitan: Piotr Nowakowski.
Załoga w rejsie: 34 osoby - cztery wachty, po 6 osób + oficer wachtowy, trzech stałych członków załogi: bosman, mechanik i kuk, dwóch praktykantów.
To gdzieś na środku Zatoki Biskajskiej, podczas poprzedniego rejsu STS Pogorią, zrodziła się myśl, by opłynąć Europę z Morza Śródziemnego na Bałtyk - w kolejnych latach i na kolejnych, zaplanowanych przez armatora Pogorii, etapach. Udział w rejsie z Nicei we Francji do hiszpańskiej Malagi był drugim, krokiem w realizacji zamierzenia.
Decyzja zapadła, należało wybrać etap i załatwić formalności. Okazało się, że z wyborem terminu rejsu, to nie taka łatwa sprawa. W kalendarzu Pogorii, przy większości terminów, widniała adnotacja: załoga kompletna – brak miejsc. Wolne miejsca były tylko na pierwszym, dłuższym (13 dni) etapie z Nicei. Co było robić, szybko wypełniłem ankietę na stronie Pogorii, wpłaciłem zaliczkę i myślami byłem już na pokładzie żaglowca.
Pod koniec kwietnia 2026 r., od pani Anny Kocur z Biura Armatorskiego przyszło przypomnienie oraz szczegółowe wytyczne, co ze sobą zabrać (ważne dla tych, co pierwszy raz na Pogorii), dokładna trasa i godziny przejazdu autokaru przez Polskę, w celu koordynacji zbiórki uczestników rejsu. Dla mnie najwygodniejszym miastem, do zabrania się, były Gliwice (bezpośredni pociąg z Lubina, z godzinną rezerwą w Gliwicach, by zdążyć na zbiórkę).
Transfer z Lubina do Gliwic odbył się sprawnie, bez żadnych opóźnień, był nawet czas na wypicie kawy, na stacji paliw, na którą miał zajechać autokar. W piątek 8.05.2026 r., o godzinie 12:30 zająłem swoje miejsce w autobusie i ruszyliśmy w trasę do Nicei. W Gliwicach, oprócz mnie wsiadało jeszcze kilku nowo poznanych kolegów, m.in.: Tomek z Krakowa i Tadeusz z Wrocławia (później okazało się, że mamy wiele wspólnego. Tadeusz wiele lat przepracował, jako elektryk na kopalni KGHM w Rudnej, aktualnie mieszka we Wrocławiu i jest aktywnym emerytem (m.in.: zbudował elektrownię solarną pod Jelenią Górą, która przynosi mu wymierne korzyści finansowe. Jest też armatorem 7 metrowego, morskiego jachtu, który z pierwszym właścicielem, przepłyną Atlantyk, a artykuły z tego rejsu były publikowane przed ok. 30 laty na łamach „Żagli”).
Trasa przejazdu wiodła przez Czechy (Ostrawa, Brno, Mikulov), Austrię (Wiedeń, Graz), Włochy (Wenecja, Genua, San Remo) do Nicei (Francja). Oczywiście to wszystko z okna autobusu, przedmieściami i obwodnicami. Jedyne, co zwiedzaliśmy po drodze, to stacje paliw i parkingi dla Tirów:-)
Na miejscu byliśmy planowo, tj. o 8:30 rano, w sobotę 9.05.2026 r.. Nieco „połamani”, po 20 godzinach podróży, wylądowaliśmy na kei przy zacumowanej Pogorii, szybkie wyładowanie worków i plecaków, by następnie przetransferować przywiezione z Polski zapasy „żarcia” na Pogorię. Metodą „taśmociągu”, z rąk do rąk i pod pokład, pod dyktando kuka Sylwka, szybko i sprawnie wszystko wylądowało w chłodni i magazynie pod pokładem kambuza. Załoga dostała wolne, ja niestety:-) wylądowałem w wachcie III i zacząłem, tzw. wachtę kambuzową w tym dniu, ale ok., to zawsze w porcie i na spokojnej wodzie. W Nicei byłem już dwukrotnie i dość dobrze poznałem miasto. Dopiero wieczorem mogliśmy na chwilę wyjść do knajpki w Marinie jachtowej. Powrót po 22:00 przez zamkniętą bramę portu (Polak potrafi…).
Rano, punktualnie o 8:00, zbiórka na rufie, uroczyste postawienie bandery, wybicie szklanek i przygotowania do wyjścia w morze. Nasza wachta kontynuowała pracę w kambuzie. Naszym oficerem został Miłek (zawodowy żołnierz z Giżycka na urlopie), starszym wachty Paweł, reszta załogi, to dwie dziewczyny: Aneta z Warszawy i Zuzia z Poznania, Marcin z Łodzi, Piotr z Wrocławia. Okrętem dowodził Piotr Nowakowski z Gdyni, na co dzień koordynator SAR, bosman Rafał, mechanik Krzysztof i kucharz Sylwester. Z kap. Piotrem już miałem okazję żeglować na Pogorii, właśnie w 2024 r. na trasie: Lizbona – Cherbourg-en-Cotentin (czyli w skrócie: Cherbourg).
W niedzielę 10.05.2026 r., po szkoleniu pokładowym i z środków bezpieczeństwa, o godz. 10:00 oddaliśmy cumy i ruszyliśmy po przygodę, korzystając w dobrego wiatru z ESE 5°B, przy stanie morza 4° i widzialności 8. Czekał nas długi etap, pierwszym przystankiem miała być dopiero Majorka w archipelagu Balearów. Na początku rejsu wiatry nam sprzyjały, w niedzielę przyszło nam żeglować przy wiatrach wschodnich ku południowemu 5 do 6ºB, szybko postawiliśmy grotsztaksla i sztaksle przednie, później w górę poszły żagle rejowe: marsel dolny, marsel górny i bram. Długo taka żegluga nie potrwała, wiatr zaczął odkręcać na zachód, żagle rejowe poszły w dół, a sztaksle zostały mocniej wybrane.. Tak jechaliśmy do poniedziałkowego poranka. W południe, cała załoga dostawiła jeszcze grota (stawianie gaflowego grota na Pogorii, to poważna i skomplikowana operacja). Żagle rejowe były bezużyteczne przy wietrze z południowego zachodu i naszym kursie kompasowym w okolicach 220°. Przez cały dzień wiatr oscylował między 3 a 5°B, żegluga była przyjemna, choć u części załogi wystąpiły symptomy choroby morskiej. We wtorek 12.05.2026 r., zachodni wiatr zaczął odkręcać na północ, a my mogliśmy ponownie użyć żagli rejowych. O ile wiało z pożądanego kierunku, to siła wiatru wyraźnie słabła, do 3 i 2°B. By przyspieszyć, mechanik Krzysztof odpalił „diselgrot”, czyli maszynę Pogorii, w końcu w Maladze musieliśmy być o wyznaczonym czasie. Od tego momentu, napęd pomocniczy miał już nam praktycznie stale towarzyszyć.
W środę 13.05.2026 r., pięć minut po siedemnastej, po prawie 80 godzinach w morzu i przepłynięciu 312 Nm zameldowaliśmy się u brzegów Majorki. Pogoria rzuciła kotwicę w Zatoczce Sant Vicenc, a załoga została przerzucona pontonem na brzeg. Dla mnie to było pierwsze spotkanie z Balearami i pobyt na Majorce. Spacer po niewielkiej miejscowości, o wybitnie wypoczynkowym charakterze, kilka zdjęć na pamiątkę, „lunch” w miejscowej knajpce i rychły powrót na pokład Pogorii.
O północy podnosimy kotwicę i ruszamy w dalszą drogę wzdłuż północnych brzegów Majorki, by już o 8:21 rano, w czwartek 14.05.2026 r., rzucić ponownie kotwicę, tym razem w Zatoce Santa Catalina. Zgodę na wejście do Porto de Soller mieliśmy bowiem dopiero na godzinę 14:00. Część załogi, która planowała dłuższą wycieczkę po wyspie, została desantowana pontonem na ląd, pozostali mieli obsłużyć Pogorię na wejście do portu. Oprócz nas na kotwicowisku stał Francuski, ponad 100-letni, nadal pływający żaglowiec szkoleniowy Belem (rok budowy 1896). Spotkanie było zupełnie przypadkowe i nie umówione. O ile my mieliśmy zabukowane miejsce w porcie, to Belem pozostał na kotwicy. Kilku osobom udało się skorzystać z zaproszenia Francuzów i zwiedzić żaglowiec.
O 14:30 staliśmy już w porcie, na kotwicy i muringach, rufą do kei i też mogliśmy ruszyć na zwiedzanie miejscowości. Główną atrakcją Porto de Soller była możliwość przejażdżki 100 letnim tramwajem (pociągiem) z portu do centrum Soller - urokliwego miasteczka z wspaniałą katedrą i kamieniczkami. Jazda zajęła nam ok. 30 minut, powrót - już pieszo: ok. 1 godziny i 5 minut. Wieczorem, po powrocie do portu, wszyscy spotkaliśmy się w nabrzeżnej tawernie. Wieczór był ciepły, niebo rozgwieżdżone, pełna integracja. Na okręt wróciliśmy dobrze po północy. Rano, przez kilka godzin mogliśmy się pokręcić po dzielnicy portowej, wypić kawę w jednej z licznych knajpek, by o 11:00 zameldować się na pokładzie i zacząć przygotowania do wyjścia w morze.
W piątek, o 11:50 cumy zostały oddane, a my ruszyliśmy w dalszą drogę. Było bardzo słonecznie i ciepło, przy świeżym wietrze z północy, dochodzącym w porywach do 6°B, na silniku i na sztakslach, na mocno rozkołysanym morzu, przy północnym brzegu Majorki, Pogoria nabierała bezpiecznej wysokości.. Wiatr był zmienny w tym dniu, kręcił ku zachodowi, później na południe, co pozwoliło skierować bukszpryt Pogorii na zachód, ku brzegom Hiszpanii. W kolejnej dobie było podobnie, co skutkowało ciągłymi zmianami ustawienia żagli i korzystaniem z silnika. Było to męczące, ale pouczające. Kolejne wachty doszły do niezłej wprawy. Pod koniec tego etapu, sześcioosobowa wachta, kierowana przez oficera była w stanie obsłużyć wszystkie stanowiska nawigacyjne i samodzielnie przebrasować reje. Ostatnie 12 godzin żeglugi, przed kolejnym postojem, to już tylko silnik i zero żagli. Siła wiatru, momentami osiągała wartość, co najwyżej 1°B. I tak, po kolejnych 50 godzinach i przeszło 200 Nm żeglugi od Soller, w niedzielę 17.05.2026 r., zacumowaliśmy w Zatoce Torrevieja, naprzeciw portowego falochronu. Morze było nieco rozkołysane, tym razem desant pontonem wywołał wiele emocji i śmiechu. Miasto to typowy odpowiednik naszego Sopotu, ze spacerowym deptakiem wzdłuż brzegu, licznymi kawiarniami i knajpkami obleganymi przez tabuny turystów. Postój trwał krótko, już kilkanaście minut po 22:00, podnieśliśmy kotwicę i kursem 170° ruszyliśmy w nasz ostatni etap, w kierunku Malagi. W tym momencie wiedzieliśmy już, że raczej nici z zahaczenia o Afrykę (kapitan snuł plany zawinięcia do Melilli – hiszpańskiej enklawy w północnej Afryce), zbyt słabe wiatry i zbyt mało czasu i paliwa, aby tam doczłapać na „diselgrocie”.
Następne dwie i pół doby, tj. 18, 19 i 20.05.2026 r. praktycznie goniliśmy na silniku z powodu braku lub słabego wiatru, w dodatku ze złego kierunku. Od czasu do czasu stawialiśmy sztaksle, ale niewiele one nam dodawały prędkości. Po przepłynięciu ponad 250 Nm, w ciągu ok. 60 godzin, zameldowaliśmy się o godzinie 16:00 w Maladze, gdzie wyznaczono nam miejsce w części handlowej portu, tuż za jednostkami hiszpańskiego SAR-u. Część żeglarska rejsu była za nami, przed nami zwiedzanie miasta i powroty do Polski - w różne dni i o różnym czasie. Ja miałem samolot do Wrocławia, w czwartek 21.2026 r. o 10:20 rano. Tych kilka godzin pozwoliło na bardzo powierzchowne zapoznanie się z miastem narodzin Picassa (ale już na zwiedzenie muzeum z jego pracami zabrakło czasu podobnie, jak na zwiedzenie słynnej malagijskiej katedry). Wszystko trzeba będzie nadrobić w przyszłości.
Dwutygodniowy rejs wydaje się długi, ale rutyna wacht nawigacyjnych i kambuzowej, wypełnianie obowiązków związanych z prowadzeniem żaglowca, zmiany żagli, obieranie kartofli i warzyw, sprzątanie po posiłkach, klarowanie wnętrza jednostki i pokładu, maksymalnie skraca i przyspiesza odczuwanie czasu. Nie ma chwili na nudę. Regulamin wacht precyzyjnie opisuje obowiązki na poszczególnych funkcjach: za sterem, na oku, w kabinie nawigacyjnej. Poszczególne dni zlewają się w jeden długi dzień i w jedną długą noc, od czasu do czasu przerywane krótkimi postojami na kotwicy, czy w porcie. Ale właśnie ta rutyna, to jest najlepsze na żaglowcu - człowiek zapomina, o całym bożym świecie, codziennej lądowej gonitwie i „wyścigu szczurów”, by skupić się na, jak najlepszym wypełnianiu powierzonych obowiązków. A dla kapitana, załogi stałej, a i dla nas najważniejsza jest radość z bezpiecznego zakończenia rejsu, które to uczucie (cytując słowa samego kapitana) ustępuje chwilę później: „żalowi, że za chwilę trzeba będzie się pożegnać z załogą, z którą dopiero co udało nam się zżyć”.
Muszę przyznać, że atmosfera, jaką stworzył kapitan wraz z oficerami i stałą załogą w tym rejsie, była wyjątkowa, nawet jak na standardy Pogorii (rejsy są zawsze udane, a załogi sympatyczne). Naprawdę szkoda było się żegnać. Najlepszym dowodem niech będzie to, że grupa na WhatsApp powołana do wymiany zdjęć, działa nadal, a uczestnicy zakończonego rejsu nadal wrzucają tam zdjęcia z bieżących aktywności, kolejnych rejsów, czy innych swoich tzw. „wojaży”.
Zupełnie już na koniec, moje realizowane na bieżąco relacje zdjęciowe na fb, wzbudziły zaciekawienie w klubie żeglarskim, po powrocie, już kilku kolegów zadeklarowało chęć wspólnego rejsu na Pogorii, na wiosnę 2027 r. Ciekawe, czy wytrwają w postanowieniu, czy też zapał im minie? A może dołączą inni i uda się zebrać całą wachtę? Co sobie i tobie czytelniku życzę:-)
Podsumowanie
W trakcie dwutygodniowego rejsu z jednym portem po drodze (Port de Soller na Majorce) i trzema postojami na kotwicy (Zatoka Santa Catalina, Zatoczka Sant Vicenc, Zatoka Torrevieja), w czasie 201,40 godzin żeglugi na żaglach i silniku przepłynęliśmy 795 Nm. Nasz rejs był pierwszym powrotnym etapem, w drodze na Bałtyk, po zimowym sezonie spędzonym przez Pogorię w okolicach Zatoki Genueńskiej. W tych dłuższych, powrotnych etapach, po atrakcyjnym turystycznie akwenie, żeglarze nie dość, że mogą zwiedzić ciekawe turystycznie i przyrodniczo zakątki Morza Śródziemnego, to mają pewność wypływania min. 100 godzin na żaglowcu, potrzebnych do kolejnego awansu żeglarskiego. Dla mnie był to już siódmy - na przestrzeni minionych 30 lat (pierwszy rejs na Pogorii, to zamierzchły 1996 r.:-) rejs na STS Pogoria. W sumie, jak „twierdzi” moja książeczka żeglarska, na STS Pogoria przebyłem ponad 3 500 Nm, w czasie ok. 1000 h żeglugi. Większość z tych rejsów, to były zimowe, tygodniowe rejsy po Zat. Genueńskiej, z krótkimi przelotami do Cannes, Saint Tropez, San Remo, Nicei, Calvi, czy Bonifacio na Korsyce. Mało żeglowania dużo zwiedzania, co też jest interesujące. Natomiast, jak ktoś chce wypływać godziny „orając” morze, to musi celować w etapy związane z powrotem żaglowca na Bałtyk wiosną lub powrotem na M. Śródziemne na jesień. Murowane 100 godzin do stażu i 800 do 1000 Nm trasy.
Dla przypomnienia: STS Pogoria to Barkentyna (typ ożaglowania), pierwszy z zaprojektowanych i wybudowanych (1980 r.) żaglowców, które wyszły spod ręki Zygmunta Chorenia. Powierzchnia ożaglowania 830 m², wysokość masztów 32 m, długość kadłuba 47 m, zanurzenie 3,5 m, pojemność brutto 290 GT, moc silnika 255 KW (dane cytuję za wystawioną opinią z rejsu – parametry nieco inne, jak podałem w artykule z rejsu przez Zat. Biskajską w 2024 r.). Fokmaszt rejowy, grotmaszt gaflowy, bezanmaszt bermudzki. Poza żeglarzami – uczestnikami rejsu z naboru (max. do 43 osób) i kapitanem dodatkowo na żaglowcu pracuje trzyosobowa załoga stała: bosman, mechanik i kucharz. W trakcie żeglugi załoga podzielona jest na 4 wachty (w tym kambuzowa – zwolniona z wacht nawigacyjnych, w trakcie wykonywania swoich obowiązków). Wachty nawigacyjne pracują w cyklach 4 godzinnych, odmierzanych wybijanymi, co pół godziny, szklankami.
Rok 2026
- Nicea – Malaga. Pod żaglami (i na silniku:-) STS Pogorii...
Rok 2025
- Dopiero za trzecim razem..., a i tak na końcu wylądowaliśmy w Sassnitz.
- Lepiej nam na morzu zginąć...
Rok 2024
Rok 2022
Rok 2021
Rok 2019
Rok 2017
Rok 2015
- Wrześniowy rejs Ambasadorem do Kłajpedy
- Ambasadorem dookoła Gotlandii w regatach Sailbook Cup 2015
- Majowy rejs Ambasadorem z Trzebieży do Górek Zachodnich
Rok 2014
Rok 2013
Rok 2012
- Szwedzka Wyprawa Etap II
- Szwedzka Wyprawa Etap I - VI Rejs Weteranów "Sztokholm Lewym Halsem"
- Rejs dookoła Zelandii
Rok 2011
- Wokół Peloponezu
- Ambasadorem na Morze Północne Etap III
- Ambasadorem na Morze Północne Etap II
- Ambasadorem na Morze Północne Etap I
- Ambasadorem dookoła Uznam
- Klubowy kurs na stopień sternika jachtowego PZŻ
Rok 2010
- MÓJ PIERWSZY REJS Trzebież - Bornholm - TrzebieżZ notatnika Martusi :)
- Ambasadorem na Rugię i Bornholm
Rok 2009
- Wokół Bornholmu na Ambasadorze
- Ambasadorem po Zalewie Szczecińskim i wokół Uznam
- Ambasadorem z Gdańska do Szczecina
Rok 2008
Rok 2007
Rok 2005
Rok 2004
Rok 2003
- Z rejsu sylwestrowego 2003/2004 na jachcie "Joseph Conrad"
- Rejs do Lubeki 2003 r.
- Z rejsu na jachcie "Śmiały" do Irlandii
- Przerwany rejs
- Pierwszy rejs po morzu dodatek do artykułu "Przerwany resj"
- Z rejsu po Karaibach






