Do Oslo zobaczyć Kon-Tiki i Frama
13 - 27 lipca 2019
Autor: Robert Grodecki
Etap I
Do
Oslo obejrzeć Kon – Tiki oraz Frama
tekst: Robert Grodecki
zdjęcia: Mariusz Osieleniec
Pomysł
Tym razem z pomysłem zorganizowania kolejnego etapowego rejsu na klubowym jachcie wystąpił Mirek Skoczek, który wielokrotnie organizował i prowadził rejsy na Ambasadorze. Podobnie jak Mirek, również i ja dobrze wspominałem naszą eskapadę do Sztokholmu z 2012 roku. Tym razem padła propozycja, aby popłynąć ponownie na północ i odwiedzić Oslo.
Wcześniej tylko raz Ambasador dotarł do stolicy Norwegii. Było to w 2005 r., kiedy jacht prowadzony przez zaprzyjaźnionego z klubem kapitana Macieja Sobolewskiego dotarł tak daleko. Tak na marginesie, kap. M. Sobolewski jest redaktorem ostatniego, zaktualizowanego wydania słynnej „ Meteorologii...” kap. Prof. św. p. Jacka Czajewskiego, z którego to wcześniejszych wydań podręcznika, pokolenia polskich żeglarzy uczyło się prognozowania pogody, przewidywania i unikania sztormów oraz całej niezbędnej do planowania rejsów wiedzy metrologicznej. Wtedy, kap. M. Sobolewskiemu wraz z załogą, udało się dopłynąć do Oslo ze Szczecina i wrócić. Rejs trwał prawie miesiąc. My z Mirkiem nie mieliśmy tyle urlopu. Postanowiliśmy, podobnie jak przy Sztokholmie, podzielić rejs na dwa etapy, po dwa tygodnie. Tym razem to ja miałem pożeglować do góry pod wiatr i fale, Mirek miał wrócić do kraju. Po dokonaniu niezbędnych ustaleń, zebraniu załogi zarezerwowaliśmy Ambasadora na miesiąc. Rejs zaplanowaliśmy zrealizować na przełomie lipca i sierpnia. Następnie Mirek zarezerwował dla wszystkich przeloty do i z Norwegii oraz dokonał rezerwacji samochodu, którym mieliśmy dokonać transferów z/i na lotnisko Torp. Ustaliliśmy, że portem wymiany będzie Horten - portowe miasteczko, położone na lewym brzegu Oslofiordu, w połowie jego długości.
Załoga
Na pierwszy etap rejsu udało się zamustrować klubową załogę w składzie: Mariusz Osieleniec – bardzo doświadczony żeglarz, świetny kompan, błyszczący humorem, a przy tym bardzo życzliwy, pracowity i towarzyski (a najważniejsze, że z dużą dozą stoicyzmu, cierpliwie znosił tyrady słowne i drobne złośliwości ze strony kapitana – wielkie dzięki Mariusz!) . To na Mariusza spadł ciężar zaprowiantowania jachtu, nie tylko na pierwszy etap ale również na powrót (Norwegia jest droga), ale o tym później, Henryk Woźniak – „nasz człowiek z Głogowa”, siedemdziesięciolatek, który odkrył żeglarstwo kilka lat temu, zrobił w klubie patent żeglarza i ma już na koncie kilkanaście rejsów morskich, m. in. na Bałtyku, M. Śródziemnym, w Chorwacji i Grecji. Człowiek o jasno określonych poglądach politycznych, ale otwarty na dyskusję, życzliwy, pogodny i pełen rozpierającej, pozytywnej energii. Henryk jest dla mnie potwierdzeniem, że życie zaczyna się po 70 – ce, i że wszystko jeszcze przed nami, zwłaszcza wiele lat żeglowania. Ostatnim - last but not least – członkiem załogi Ambasadora został Radosław Osieleniec – 30–latek, kawaler (klubowiczki nie zwlekajcie – świetna partia:-) prawnik, sprawnie posługujący się językiem angielskim, przy okazji syn Mariusza. Miał z nami płynąć jeszcze jeden żeglarz z klubu. Nasz kolega ze Złotoryi, ale sprawy rodzinne spowodowały, że wycofał się w ostatniej chwili. Szkoda, bo Włodek „to dusza towarzystwa”, znawca szant i mistrz akordeonu. Jakby był z nami, bez wątpienia zrobilibyśmy furorę w zagranicznych portach, prezentując polskie pieśni morza!
Role i zadania zostały podzielone, każdy był za coś odpowiedzialny. Najwięcej obowiązków „przed rejsowych” spadło na Mariusza i Radosława, z oczywistego powodu. Mariusz jako mieszkaniec Kunic miał najbliżej do klubu. To on załatwił formalności związane z udostępnieniem jachtu, pobrał butle z gazem do jachtowej kuchenki, zorganizował transport do Stepnicy. Ja, wspólnie z Mirkiem Skoczkiem, przygotowaliśmy listę zakupów, Henryk miał pomóc w realizacji zaopatrzenia. Wszystko było dopięte na przysłowiowy „ostatni guzik”, pozostało czekać na wakacje i nasz rejs.
Stepnica
W tzw. międzyczasie sprawy się nieco skomplikowały. Ostatecznie okazało się, że cała załoga nie dojedzie razem z Legnicy (Mariusz i Radosław), przez Lubin (ja) i Henryk (Głogów), by wspólnie rozpocząć rejs w Stepnicy. Dowiedziałem się, że 13 lipca 2019r. w sobotę będę jeszcze rano w Warszawie. Ustaliliśmy, że spotkamy się w Świnoujściu wieczorem lub ew. w niedzielę rano. Wybór miejsca spotkania był prosty. Po prostu łatwiej pociągiem dojechać do Świnoujścia, niż w dobie upadku transportu publicznego (PKS) dojechać z przesiadką w Szczecinie do Stepnicy. Na Mariusza spadł dodatkowy obowiązek przeprowadzenia jachtu przez Zalew Szczeciński do Świnoujścia. Wcześniej robiąc zakupy, zgodnie z przygotowaną listą. Niby prosta rzecz… Sam wielokrotnie pełniłem funkcję drugiego oficera w rejsach morskich i wiem, jak ważne to zadanie (zakupy – tradycyjnie to II oficer jest odpowiedzialny za zaopatrzenie i zasztauowanie (zapakowanie) zapasów na jachcie). Zwłaszcza tej drugiej czynności nie można wykonać byle jak, „na odwal” w szczególności na małym, ciasnym jachcie. Jak miałem się wkrótce przekonać, pomimo ścisłych instrukcji („Pamiętaj do mokrych bakist w mesie pakujemy co najwyżej butelki z wodą i nic więcej. A zakupy dla Mirka na powrót zapakuj do dwóch suchych bakist dziobowych ”) Mariusz zupełnie z tym zadaniem sobie nie poradził o czym jeszcze wspomnę.
Świnoujście
Ostatecznie, z przygodami, dotarłem do Świnoujścia w niedzielę rano, 14 lipca 2019r. Na jachcie zameldowałem się po godzinie szóstej rano, Mariusz już nie spał. Przy bardzo porannej kawie zdał relację z przygotowań. Okazało się, że i oni mieli przygodę i problemy. W sobotę po przyjeździe do Stepnicy zepsuł się samochód i pół dnia Mariusz stracił na działania związane z jego ponownym uruchomieniem. Było to tym ważniejsze, że razem z załogą przyjechała córka Mirka - Natalia, która miała zabrać samochód z powrotem do Legnicy (w planach był przecież powrót samolotem do Modlina – pozostawienie auta w Stepnicy mijało się z celem). Mimo wszystkich kłopotów samochód został naprawiony, zakupy z pewnymi problemami zrobione. Pod wieczór Ambasador został przeprowadzony przez Zalew do Świnoujścia. Po sprawdzeniu prognozy pogody zapadła decyzja, że niedzielę przestoimy w Basenie Północnym, a w morze wyjdziemy w poniedziałek rano. Od bosmana dowiedzieliśmy się, że musimy opuścić marinę i oddalić się od nabrzeża, poza wyznaczoną granicę. Okazało się, że cały kanał portowy został zamknięty dla żeglugi w związku z transportem niewybuchów z czasów II Wojny Światowej, znalezionych podczas prac przy pogłębianiu kanału.
Po południu miał nas odwiedzić nasz świnoujski przyjaciel Piotr. By przygotować się do wizyty i ew. poczęstunku zajrzałem do prawej bakisty w mesie… i zdrętwiałem. Bakista była wypełniona, lepiej powiedzieć zapchana zakupami jak leci: soki w kartonach pomidory, słoiki, konserwy, zupki itp. Zdrętwiałem, nie chciałem w to uwierzyć co zobaczyłem. Ruszony jakimś przeczuciem, zajrzałem do bakist dziobowych – najlepszego miejsca na całym Ambasadorze, pojemnych i suchych i… oczywiście pustych. Już mocno poirytowany i spocony (panował upał spotęgowany ciasnotą wnętrza jachtu) zaprosiłem Mariusza pod pokład i wygłosiłem swoją pierwszą (z wielu) tyradę szkoleniową, przy okazji przepakowując i ponownie porządkując zakupione zapasy. Trwało to prawie dwie godziny, a ja byłem zupełnie wyczerpany fizycznie i psychicznie. Przeszła mi również ochota na przyjmowanie gości. Ostatecznie spędziliśmy z Piotrem miłe popołudnie w portowej tawernie wspominając wspólne rejsy na Ambasadorze.
W poniedziałek, skoro świt, uruchomiliśmy silnik, oddaliśmy cumy i o godzinie 0620 ruszyliśmy w nasz rejs. Przed nami było ok. 450 Mm i już niecałe dwa tygodnie. Tak, czy inaczej 27 lipca 2019r. Byliśmy umówieni z Mirkiem i jego załogą w Horten.
Sassnitz
W tym dniu wiatr nam sprzyjał. Wiało z zachodu, ok. 3 – 4ºB. Po 12 godzinach żeglugi, trzydzieści minut po osiemnastej, zacumowaliśmy w Sassnitz. A w Sassnitz obowiązkowe zwiedzanie klifów i bułka ze śledziem. Dodatkowym bonusem było spotkanie z jachtem Polka kap. Rudolfa Krautschneidera, autora m. in. książki: „ Dookoła świata po piórko pingwina”.
Niemiecki port opuściliśmy 16 lipca 2019r. (wtorek) tuż przed godziną szesnastą. Czekał nas nasz pierwszy dłuższy przelot w połączeniu z nocną żeglugą. Planowaliśmy zatrzymać się dopiero w jakimś porcie w Sundzie. W sumie tak nam dobrze szło, że zatrzymaliśmy się dopiero w środę, o godzinie 2215, w Marinie Margretheholm, blisko słynnej dzielnicy Christiania w Kopenhadze.
Kopenhaga
W morzu spędziliśmy 31 godzin. W tym dniu było już zbyt późno, a my zbyt zmęczeni na zwiedzanie miasta. W czwartek zaraz po śniadaniu zabrałem załogę na spacer po Kopenhadze. Była słynna Syrenka, Pałac Królowej oraz oczywiście dzielnica hipisów i trawki, tj. Christiania. Miasto zwiedzaliśmy w „biegu”, tego samego dnia chcieliśmy jeszcze „złapać” przyczółek Kattegatu. Wyszliśmy po trzynastej, by przed dwudziestą zacumować w Helsingorze pod zamkiem Kronborg, bardziej znanym jako zamek Hamleta ( Książę duński). Przeżyliśmy wspaniały żeglarski dzień.
Helsingor
Wiało z południowego zachodu ok. 4ºB. Bardzo przydała się genua, którą założyliśmy na sztagu w Kopenhadze, w miejsce marszowego foka. W Helsingorzedo zwiedzania, poza zamkiem, nie ma zbyt wiele i dlatego, zgodnie z planem wyszliśmy w piątek, 19 lipca 2019r., rano. Kolejnym portem miał być Geteborg lub Skagen, na samym koniuszku Danii. Z prognoz, które się nie sprawdziły, wynikało, że bardziej racjonalnym wyborem będzie płynąć do Geteborga. Wiatry nie dopisały, nie pomógł nawet specjalnie na tę okazję postawiony spinaker. Ostatecznie, wspomagając się silnikiem po kolejnych dwudziestu sześciu godzinach i nocy spędzonej w morzu, zacumowaliśmy w samym centrum Geteborga tuż przed południem - w sobotę, 20 lipca 2019r. w Marinie Lilla Bommen. Wcześniej żeglując ostatnie 15 Mm w szkierach, wśród skał i wysepek, w które obfituje podejście do portu. Trzeba również uważać na spory ruch statków handlowych i promów.
Geteborg
Cóż, Geteborg, pół milionowe miasto i jeden z najważniejszych portów handlowych Szwecji, to ich „okno” na świat. Po załatwieniu formalności z bosmanem, opłaceniu postoju, obiedzie przygotowanym na jachcie, ruszyliśmy na spacer. Geteborg nam się spodobał. Byliśmy tam wszyscy pierwszy raz, może nawet to była pierwsza wizyta Ambasadora w tym porcie? Kap. M. Sobolewski nic bowiem nie wspomina w swoim sprawozdaniu o wizycie w Geteborgu.
W Geteborgu przyszło nam spędzić dwa dni. Przyczyną były prognozy pogody, które zapowiadały zmianę kierunku i siły wiatru. Wiatr odkręcał na zachód i miał wzrosnąć do 6ºB. Zgodnie z uwagami J. Kulińskiego, do Geteborga łatwiej w tych warunkach wejść niż wyjść. Problemem był również brak paliwa. Po raz pierwszy (a żegluję na Ambasadorze już od 10 lat) , wskaźnik paliwa ruszył i pokazywał 1/3 stanu paliwa w zbiorniku. Już wyjaśniam tym, którzy naszego jachtu nie znają, że wskaźnik zaczyna „działać” dopiero po zużyciu paliwa z górnego zbiornika. Po prostu, pływak umieszczony jest w dolnym zbiorniku. Potrzebowaliśmy paliwa, którego w centrum Geteborga nie było do celów żeglarskich, a nie chciało się nam biegać z 10 litrowym kanistrem po stacjach paliw. Ostatecznie Geteborg opuściliśmy w poniedziałek rano. Według locji Kulińskiego, najbliższa jachtowa stacja paliw miała być na lewym brzegu kanału portowego. Oczywiście nie udało się jej nam znaleźć.
Hinsholmskilen - Laengedrag
Kolejnym miejscem, gdzie postanowiliśmy szukać paliwa była marina w wiosce Hinsholmskilen, a właściwie kompleks kilku dużych marin jachtowych położonych w ½ podejścia do Geteborga z morza. Faktycznie tam udało nam się zatankować paliwo z samoobsługowego dystrybutora. Do zbiornika weszło 57 litrów diesla. Niestety z zachmurzonego nieba zaczął padać intensywny deszcz, a nam nie chciało się moknąć. Byliśmy praktycznie w połowie całej naszej trasy i mieliśmy pięć pełnych dób – ponad 100 godzin na dotarcie do Norwegi. Przepłynięcie połowy trasy zajęło nam dotychczas ok. 80 godzin. Ten jedyny deszczowy dzień podczas całego rejsu spędziliśmy na jachcie, w Marinie Laengedrag – polecanej przez Kulińskiego, rozgrywając kolejne partie tysiąca.
Oslofiord - Oslo
We wtorek 23 lipca 2019r., tuż po godzinie 1000 uruchomiliśmy silnik i obraliśmy kurs na zachód z tym, że w połowie podejścia do Geteborga skręciliśmy na północny zachód w kierunku przejścia północnego. Po około czterech godzinach byliśmy na otwartym morzu. Przy słabym zachodnim wietrze skierowaliśmy się dokładnie na północ w kierunku Oslofiordu. Przed nami było ok. 90 Mm osławionego Skagerraku z jego burzliwymi wodami. Przed sobą mieliśmy ponad dobę żeglugi i kolejną noc w morzu.
Wejście do fiordu „złapaliśmy” nad ranem, by po kolejnych 12 godzinach na grotdieslu zacumować w ścisłym centrum Oslo. Tak, tak było drogo – 450 koron norweskich (najdroższy postój na całej trasie), ale warto było. Wszędzie było blisko, do osławionego Ratusza (najlepiej rozpoznawalna budowla całej Norwegi, coś jak Opera w Sydney), do twierdzy strzeżącej od 200 lat miasto, czy też do nowoczesnej dzielnicy wybudowanej na terenach starego portu. Stolica Norwegii przywitała nas ponad 30 ºC upałami i możliwością kąpieli przy bulwarach miejskich. Po wieczornym spacerze, grubo po północy, w końcu poszliśmy spać. Czwartek poświęciliśmy na zwiedzenie dwóch słynnych placówek muzealnych (położonych zresztą obok siebie): Muzeum Kon – Tiki Thora Heyerdahla oraz Muzeum Fram – polarnego statku Nansena i Amundsena. Późnym popołudniem ze względu na wysoki koszt postoju podjęliśmy decyzję o opuszczeniu portu i przestawieniu się do tańszej mariny, bliżej umówionego z Mirkiem miejsca wymiany załóg.
Ellingstadt
Płynąc w dół fiordu, mijając kilka wysp, wybierając inną nieco trasę niż w drodze do Oslo, nagle odkryłem niespodziewaną przeszkodę, opływając wyspę Haaoeya od zachodu okazało się, że będziemy musieli przejść nad poprzecznym wypłyceniem, na całej szerokości kanału, gdzie głębokość spadała do 0,7 m. Tylko w wąskim przejściu gwarantowana była głębokość 2 m (przy zanurzeniu Ambasadora 1,5 – 1,6 m ). Chwila stresu, przy niewielkiej prędkości (byle nie urwać kila) udało nam się przejść nad wypłyceniem. Na dzisiaj mieliśmy dość wrażeń, postanowiliśmy zatrzymać się gdzieś na noc, zwłaszcza, że już zmierzchało. Udało się znaleźć na mapie malutki porcik w niewielkiej zatoczce – Ellingstadt, gdzie stanęliśmy przy pomostach zarezerwowanych dla rezydentów. Po negocjacjach z lokalnym bosmanem dostaliśmy zgodę na bezpłatny postój ale bez dostępu do toalet, prądu i wody. Wieczór spędziliśmy grając w tysiąca, zajadając się polskimi śledziami i popijając polską…, powiedzmy herbatkę. Okazało się przy okazji, że była to ostatnia herbata na jachcie i tym samym nasz Ambasador był już „suchy”.
Horten
W przedostatni dzień rejsu, piątek 26 lipca 2019r. ruszyliśmy bardzo wcześnie pomimo, że do Horten nie było dalej jak 12 Mm. To za sprawą Mariusza, który domagał się możliwości „zamoczenia”… kija, tj. czasu na wędkowanie. Cóż, podczas rejsu sprawował się dobrze (poza tym, że na wyjściu z Geteborga chciał „posadzić” jacht na skałach) , to trzeba było być dobrym (zawsze należy pamiętać o sławnym Banty i buncie rozeźlonej załogi). Opłacało się, Mariusz udowodnił, że nie bez powodu mieszka nad jeziorem. W niecałą godzinę nałapał kilka kilogramów makreli i jednego śledzia. Po zacumowaniu w Horten ryby trafiły na patelnię, a my pod prysznic na pomoście (upał nadal dawał się we znaki, a do właściwej mariny gościnnej nie chciało nam się iść – stanęliśmy w dawnym porcie rybackim, dziś marinie dla tubylców (zgodnie z zaleceniem J. Kulińskiego).
Miejscowość urokliwa, nastawiona na turystów i ich kieszenie. To tu wypiliśmy najdroższe piwo podczas rejsu. Na złotówki wyszło po prawie pięćdziesiąt od kufla (oczywiście w restauracji), w sumie to za ogromną (tak ogromną) pizzę, którą najedliśmy się w trzech zapłaciliśmy mniej (289 nk.) niż za trzy piwa (300 nk.).
Torp - Modlin
Mirkowa załoga przyjechała zgodnie z planem. Przekazanie jachtu przebiegło bardzo sprawnie. Równie sprawnie przekazanie samochodu wypożyczonego na lotnisku, którym mieliśmy dojechać na nasz samolot. Pierwszy raz przyszło mi prowadzić KIA - hybrydę w wersji plug-in automat. Oczywiście daliśmy radę. Po przylocie do kraju czekała nas jeszcze podróż koleją na Dolny Śląsk do domu.
Statystyka
W całym rejsie przepłynęliśmy 517 Mm, w czasie 124 godzin. Godzin postoju było 212.
Rok 2024
Rok 2022
Rok 2021
Rok 2019
- Z Oslofjordu do Stepnicy
- Do Oslo zobaczyć Kon-Tiki i Frama
Rok 2017
Rok 2015
- Wrześniowy rejs Ambasadorem do Kłajpedy
- Ambasadorem dookoła Gotlandii w regatach Sailbook Cup 2015
- Majowy rejs Ambasadorem z Trzebieży do Górek Zachodnich
Rok 2014
Rok 2013
Rok 2012
- Szwedzka Wyprawa Etap II
- Szwedzka Wyprawa Etap I - VI Rejs Weteranów "Sztokholm Lewym Halsem"
- Rejs dookoła Zelandii
Rok 2011
- Wokół Peloponezu
- Ambasadorem na Morze Północne Etap III
- Ambasadorem na Morze Północne Etap II
- Ambasadorem na Morze Północne Etap I
- Ambasadorem dookoła Uznam
- Klubowy kurs na stopień sternika jachtowego PZŻ
Rok 2010
- MÓJ PIERWSZY REJS Trzebież - Bornholm - TrzebieżZ notatnika Martusi :)
- Ambasadorem na Rugię i Bornholm
Rok 2009
- Wokół Bornholmu na Ambasadorze
- Ambasadorem po Zalewie Szczecińskim i wokół Uznam
- Ambasadorem z Gdańska do Szczecina
Rok 2008
Rok 2007
Rok 2005
Rok 2004
Rok 2003
- Z rejsu sylwestrowego 2003/2004 na jachcie "Joseph Conrad"
- Rejs do Lubeki 2003 r.
- Z rejsu na jachcie "Śmiały" do Irlandii
- Przerwany rejs
- Pierwszy rejs po morzu dodatek do artykułu "Przerwany resj"
- Z rejsu po Karaibach