Morze Tyrreńskie 1994
29 wrzesień - 6 październik 1994 r.
Autor: Relacja Jarka Szczepanowskiego
Długo przygotowywany rejs miał w swoim zamyśle skierowanie spojrzenia żeglarzy z KŻ Posejdon w kierunku morza, gdyż tylko kilku kolegów miało słonowodne doświadczenia, lecz pochodziły one z innych organizacji. Wyczarterowaliśmy polski jacht "Witeź II" typu Taurus, pływający we flotylli Wojciecha Ogrzewalskiego po wodach Morza Tyrreńskiego. Jednostka do najmłodszych nie należała, szereg drobnych usterek "umilał" życie, żadnego komfortu też nie można się było dopatrzyć. Drogę pokonaliśmy dwoma bardzo załadowanymi samochodami, gdyż dla oszczędności zabraliśmy dużą ilość wyżerki. Pół dnia spędziliśmy w Wenecji zwiedzając to niezwykłe miasto. Po dotarciu na miejsce przejęliśmy nie bez zgrzytów jacht. Samochody zostawiliśmy w Techno Marina nad brzegiem Tybru, skąd autobusem wróciliśmy do jachtu, zacumowanego w kanale stanowiącym odnogę tej rzeki. Położone blisko lotnisko dostarczało nieustannych wrażeń dźwiękowych, a przelatujące tuż nad nami Jumbo Jet-y porażały swoim ogromem.
26.09.1994
Wypływamy z Fiumicino w południe obierając kurs na Capri, lecz po godzinie drogą radiową przychodzi polecenie jego zmiany na NW. Mam wachtę kambuzową i choroba morska bardzo szybko mnie dopada, gdyż jacht mocno kołysze się na krótkiej fali. Okazuje się, że nie jestem osamotniony w tej przypadłości. Po omyłkowym wejściu do Marina Trajana w Civitavecchia cofamy się nieco na południe do Santa Marinella i stajemy późnym wieczorem obok stacji paliwowej. Ryba nie bierze.
27.09.1994
O godzinie 8 rano wychodzimy biorąc kurs na Porto Ercole. Choroba powoli mija, a po sklarowaniu kambuza i przekazaniu wachty Adamowi jest mi całkiem dobrze. Nie można tego powiedzieć o nowym kuku, bo po 20 minutach "jedzie do Rygi" aż miło, choć poprzedniego dnia był zdrów. Pogoda jest ładna, choć wiatr nieco za słaby. Morze wokoło jest niebieskie nie do uwierzenia, pływają w nim duże, brązowawe meduzy. Korzystając z chwili flauty kąpiemy się na pełnym morzu. Woda jest bardzo słona, wręcz gorzka oraz niezwykle przejrzysta. Na błystkę łowię rybę z kształtu podobną do okonia, ale z bardziej zaokrąglonym wierzchem głowy. Jest srebrzysta z zaróżowioną górną częścią ciała. Zrobiło się ciemno, wzmocnił wiatr i płyniemy szybko po dość spokojnym morzu. Dużo świateł na brzegu, lata sporo samolotów. Wchodzimy między skalistymi brzegami do portu i długo kluczymy szukając wolnego miejsca. W momencie rzucenia kotwicy przychodzi radiem ostrzeżenie, żeby tego nie robić - za późno. Nasz anker został oplątany kłębem lin i próby uwolnienia zabrały dwie godziny. Stajemy między łodziami rybackimi w jedynym wolnym miejscu. Po krótkim czasie przypłynął kuter, lecz nie przegoniono nas. Jakoś popychając inne jednostki zdołał się wcisnąć. Z wdzięczności częstujemy rybaków mocnym drinkiem, oni w zamian dają nam dwie skrzynki ryb, których sprawienie zajęło jeszcze godzinę. I wreszcie można ułożyć się w koi. Żegluga była przyjemna, choroba całkiem minęła, a w nocy zaobserwowałem świecenie wody w kilwaterze - jakby tysiące robaczków świętojańskich.
28.09.1994
Oglądałem rano okolice portu. Dookoła skaliste wzgórza, częściowo porośnięte lasem, na jednym jakaś warownia, obok też mam wysoki, kamienny mur wyglądający na wiekowy. W marinie stoi wiele jachtów, ale właściwie jest tu brzydko i brudno, więc spacer po uliczkach nie sprawia dużej przyjemności a zamek, który chciałem zwiedzić okazał się zamknięty. Godzinę po południu wypływamy obierając kurs na wyspę Giglio, którą osiągamy około 18-tej. Jest ciepło, wokół wspaniałe widoki warowni i wież strażniczych na skałach sterczących wysoko nad morzem - wyspa jest górzysta. Porcik jest śliczny, ładne kamieniczki, dużo kwiatów, drzew i palm, a woda w basenie tak czysta, że aż się wierzyć nie chce, iż głębokość przekracza 5 metrów. Szybko złowiłem kilka żywców, ale wieczór spędzony na zewnętrznych skałkach wyspy przyniósł efekt w postaci złamanej wędki i złowionego jeżowca, uczepionego żyłki. Wcześniej byliśmy z Jurkiem na piwku, cena 10 tys. lirów, ale było przynajmniej zimne.
29.09.1994
Bardzo wczesnym rankiem wychodzimy z Porto Giglio. Stwierdzamy, że chleb "o przedłużonej trwałości" kupiony ze względów oszczędnościowych jeszcze w Legnicy, nie nadaje się do jedzenia - zaczął zwyczajnie pleśnieć. Rybom jednak smakował, bo wyrzucony za burtę przywabił setki tych stworzeń. Wiatr jest ledwo - ledwo i prawie stoimy. Potem idziemy na silniku po morzu gładkim jak stół do samej Elby. Mijamy z daleka jakieś duże zwierzęta (wielorybszczaki?), które tylko wystawiały grzbiety. Wyspę osiągamy nocą. Porto di Campo nie jest zbyt ładny.
30.09.1994
Spacerujemy po miasteczku. O kąpieli nie ma mowy, bo cała plaża jest przykryta zwałami wodorostów, które śmierdzą straszliwie. Autobus, którym można by dojechać do willi Napoleona jest zbyt późno, decydujemy się więc o godz. 13-tej na wypłynięcie w kierunku Korsyki. Bastię osiągamy wczesnym wieczorem po bardzo przyjemnym, szybkim żeglowaniu. Nie spodziewałem się być we Francji. Port nocą robi wspaniałe wrażenie, głównie ze względu na dominujący, ładnie oświetlony kościół o jasnym kolorze, ustawiony frontem do basenu portowego. Ruszamy na małą przechadzkę po okolicy.
01.10.1994
Cały dzień spędzamy w Bastii. Port w świetle poranka wygląda okropnie - same rudery, jakie trudno zobaczyć u nas. Długo łazimy po mieście o dużym zróżnicowaniu poziomu ulic. Wszędzie mnóstwo kafejek, barów i restauracyjek. W sklepach ceny są przerażające. Wymieniłem 50 tys. lirów na 150 franków, ale to jest nic w tych warunkach. Nad miastem wznoszą się góry, widać kolejkę linową. Jest to miasto pełne kontrastów - nowoczesności części przyportowej przeciwstawiają się rudery slumsów w leżących obok dzielnicach. Ale jest tu nawet sympatycznie, bo wszędzie pełno egzotycznej zieleni, ładnych lamp, pomników i innych ciekawych drobiazgów. Zjedliśmy obiad i rozmawiamy, bo rozpadał się deszcz. Zauważyłem, że tylko turyści chodzą w krótkich spodniach - widać miejscowym jest już zimno, gdy my pocimy się. Wieczorem znowu w miasto.
02.10.1994
Wychodzimy z Bastii w kierunku Elby. Jest ciepło, woda ma głęboki, niebieski kolor. Zapomniałem napisać, że wielokrotnie widziałem latające ryby, które szybują nad falami jak jaskółki na odległość 10 - 30 metrów. Mamy zapowiedź sztormu o sile 8 - 10?B, ale skończyło się na silnym deszczu i paru błyskawicach. Wchodzimy do Marina di Campo na Elbie. Wieczorem próbuję łowić ryby, ale wchodzą między skały i urywam je.
03.10.1994
Dzień spędzamy na wyspie. Po szybkim śniadaniu wsiadamy do autobusu, który krętymi, górskimi drogami wiezie nas do Portoferraio. W czasie tej podróży podziwiamy malowniczość Elby. Z Portoferraio znów autobusem zajeżdżamy do mieścinki San Martino, w której jest willa Napoleona, zwana tak dlatego, że Cesarz mieszkał w niej podczas pierwszego uwięzienia. Zwiedzamy obiekt, który rozczarowuje mnie - wstęp kosztuje 8 tysięcy lirów, a udostępnione do zwiedzania jest tylko piętro budowli, znacznie mniejsze od parteru. Urządzone jest dość skromnie, a wszystko mocno podniszczone, jakby od czasów Cesarza nawet ściany nie były malowane. Wykorzystuję okazję i podczas nieobecności kustosza kładę się w cesarskim łożu - kolega uwiecznia to na fotografii. Okolica położonej u zwieńczenia doliny willi jest piękna, dużo egzotycznej roślinności, a w dali otwiera się widok na morze. Po powrocie do Portoferraio zwiedzamy port jachtowy i fragment miasta, po czym wracamy do Marina di Campo.
04.10.1994
Żegnamy Elbę, na kursie Porto Giglio , do którego docieramy nocą okrążając wyspę od północy, przy zdychającym wietrze, ale za to w towarzystwie delfinów. Port jest niezmiennie urokliwy
05.10.1994
Płyniemy do Porto Ercole, po drodze zatrzymując się w małej zatoce, zakończonej wyniosłą wysepką, celem odbycia kąpieli. Czysta, głęboka woda oraz wspaniałe otoczenie skalistych brzegów dają niezłe wrażenia. Do portu wchodzimy po południu i nudzimy się.
05.10.1994
Długi etap do Santa Marinella, przy wietrze który stężał do 7?B. Sztormujemy w bajdewindzie przy 2,5 metrowej fali, a moje - nowicjuszowskie odczucia są wspaniałe. Wzburzone morze przy słonecznej pogodzie prezentuje się imponująco - bardzo niebieska woda pięknie kontrastuje z bielą grzywaczy. Jacht z postawionymi żaglami sztormowymi sprawuje się znakomicie, czasami tylko jest przykrywany fontanną rozbryzgów fali uderzającej o dziób. W porcie stajemy o 15-tej, po uwolnieniu przez nurkującego Adama śruby, w którą wplątała się jakaś lina. Utrzymuje się silny wiatr i w marinie, gdzie stoją setki jachtów, słychać nieustanne dzwonienie lin o maszty. Miejscowość jest ładna, wiele wspaniałych willi robi wrażenie. Zrobiło się zimno i mimo zachęt wybieram koję zamiast wędkowania.
06.10.1994
Płyniemy od samego ranka, a celem jest Fiumicino. Powoli kończy się nasz rejs, ale nie odczuwam smutku z tego powodu, bo już chce mi się do domu. Wpływamy najpierw na Tybr, gdzie leży marina, w której zostawiliśmy samochody. Zostajemy tam z Januszem a reszta załogi płynie dalej. Trzeba dzisiaj sklarować jacht i spakować bagaże, aby jutro ruszyć w bardzo długą drogę powrotną, zwiedzając po drodze Rzym.
W trakcie rejsu przepłynęliśmy 310 mil w czasie 103 godzin.
Załogę Witezia II tworzyli:
Julian Jaworski - kapitan, Stanisław Szmigiel - I oficer, Jacek Barciszewski - II oficer,
Jerzy Wójcik - III oficer, Janusz Drozd, Roman Filip, Adam Hutyra, Jarosław Szczepanowski - załoganci.
Rok 2024
Rok 2022
Rok 2021
Rok 2019
Rok 2017
Rok 2015
- Wrześniowy rejs Ambasadorem do Kłajpedy
- Ambasadorem dookoła Gotlandii w regatach Sailbook Cup 2015
- Majowy rejs Ambasadorem z Trzebieży do Górek Zachodnich
Rok 2014
Rok 2013
Rok 2012
- Szwedzka Wyprawa Etap II
- Szwedzka Wyprawa Etap I - VI Rejs Weteranów "Sztokholm Lewym Halsem"
- Rejs dookoła Zelandii
Rok 2011
- Wokół Peloponezu
- Ambasadorem na Morze Północne Etap III
- Ambasadorem na Morze Północne Etap II
- Ambasadorem na Morze Północne Etap I
- Ambasadorem dookoła Uznam
- Klubowy kurs na stopień sternika jachtowego PZŻ
Rok 2010
- MÓJ PIERWSZY REJS Trzebież - Bornholm - TrzebieżZ notatnika Martusi :)
- Ambasadorem na Rugię i Bornholm
Rok 2009
- Wokół Bornholmu na Ambasadorze
- Ambasadorem po Zalewie Szczecińskim i wokół Uznam
- Ambasadorem z Gdańska do Szczecina
Rok 2008
Rok 2007
Rok 2005
Rok 2004
Rok 2003
- Z rejsu sylwestrowego 2003/2004 na jachcie "Joseph Conrad"
- Rejs do Lubeki 2003 r.
- Z rejsu na jachcie "Śmiały" do Irlandii
- Przerwany rejs
- Pierwszy rejs po morzu dodatek do artykułu "Przerwany resj"
- Z rejsu po Karaibach
Rok 2002
Rok 2001
Rok 2000
Rok 1999
Rok 1998
Rok 1997
Rok 1996
Rok 1994
- Morze Tyrreńskie 1994